

Jak wracać, to w wielkim stylu. Tak zapewne pomyśleli sobie piłkarze przez dzisiejszym spotkaniem z Boltonem Wanderers.
Po serii słabych występów na wyjeździe, musieli w końcu pokazać przed swoimi kibicami, że potrafią w piłkę grać.
Realizacja planu "zwycięstwo" rozpoczęła się już w 5. minucie meczu.
Jaaskelainen odbił piłkę przed siebie, dopadł do niej Ashley Young i z zimną krwią wpakował piłkę do bramki.
Szybko zdobyta bramka nie wpłynęła od razu pozytywnie na całe spotkanie, bowiem na kolejnego gole musieliśmy czekać do końca pierwszej połowy.
W 43. minucie Carew ładnie utrzymał piłkę przy linii końcowej, po czym odegrał ją do Agbonlahora, który bezlitośnie wpakował ją do siatki.
Radość z dwubramkowego prowadzenia nie trwała zbyt długo, bowiem gola dającego nadzieję, zdobył tuż przed gwizdkiem Johan Elmander, dobijając piłkę odbitą od słupka.
Po zmianie stron gospodarze ponownie rzucili się do ataku, co zaowocowało bramką na 3-1, za sprawą Johna Carewa.
W 71. minucie po raz kolejny pokazaliśmy, że wykonywanie jedenastek nie przychodzi nam z łatwością w ostatnich meczach.
Tym razem do jedenastki podszedł James Milner, jednak Jaaskelainen obronił, do piłki dopadł Sidwell i uderzył wprost w poprzeczkę, na całę szczęście egzekutor ją przechwycił i trafił do siatki.
Na kolejnego gola kibice czekali zaledwie pięć minut, tym razem w rolę snajpera wcielił się obrońca - Carlos Cuellar, który głową podwyższył stan rywalizacji na 5-1.